Motywacja z innej strony


Uczymy się całe życie i przyznanie się do błędu nie może być powodem do wstydu.
Sonia i Kermit to dwa zupełnie różne psy, wymagające zupełnie innych metod w pracy nad tym samym problemem, a ja niepotrzebnie generalizowałam sprawę, w przypadku Kermita od razu skreślałam sposoby które okazały się nieskuteczne przy Soni i na siłę wałkowałam te sprawdzone, z nastawieniem że muszą zadziałać tylko trzeba więcej czasu. Czas mijał a efektów nie było.

W przypadku Soni zmierzyłam się z problemem braku zainteresowania jakimikolwiek zabawkami, a kiedy udało się pokonać granicę i wzbudzić u niej pasję zabawy, bawiła się już wszystkim, wystarczyło pokazać jej jak. Z Kermitem jest inaczej. W nim był pewien naturalny popęd łupu, szczególna miłość do piłeczek, a równocześnie olewka na dyski, piłki ażurowe i szarpaki polarowe. Co do ażurek i szarpaków - mało mnie to obchodzi, ale dyski... dla osoby która tak jak ja kocha frisbee i dostała psa z mega predyspozycjami (wspaniałą budową ciała, łapiącego wszystko, ze śliczną naturalną techniką skoku, aportem który udało się łatwo wypracować bez większych problemów) tylko tą dużą dziurą w sferze fundamentów... nie no, nie mogę tak tego zostawić, będę walczyć! Metody które działały na Sonię okazały się bezsensowne u Kermita, bo raz że problem ma innych charakter, dwa że (jak już mówiłam) Kermit jest zupełnie innym psem.

Próbowałam wymieniać fajną zabawkę na dysk (skuteczne u So która miała świetnie zrobioną wymianę zabawek i ją lubiła) - a gdzie tam, "Miałaś piłkę, pamiętam! Ona gdzieś tam jest. W kieszeni? W drugiej ręce?", do tego gryzienie po palcach, łapanie mnie za rękaw, podszczypywanie za nogawki spodni. Wymieniałam fajne gumowe żelkowe frisbee Planet Doga na normalny dysk (skuteczne u So, tylko u niej wymieniałam aero na fastbacki) - "To nie jest to frisbee! Oszukujesz! Daj to z drugiej ręki!". Próbowałam też uciekania z dyskami, szurania nimi po ziemi, rzucania rollerów, skuteczne u So, na Kermicie nie robiło wrażenia. Po chwili robienia z siebie głupka, używania wyżej wymienionych sposobów okraszonych dawką intensywnych emocji, w końcu wygrywałam (starałam się na każdej sesji do tego doprowadzić), poszarpał się dyskiem, ale Mit robił to od niechcenia, tylko dlatego że ja chcę, mogłam go pobudzić, ale wolałby szarpać się moim rękawem niż dyskiem, a właściwie to nie było szarpanie, on tylko trzymał ten dysk, nic z siebie nie dawał, kiedy ja puszczałam on wypluwał. A jednak dalej nie miałam tego czego chciałam i nie zbliżałam się do tego (lub na tyle powoli że nie było to zauważalne). Chciałam błysku w jego oku kiedy wyciągam dysk, takiego samego jak wtedy kiedy w mojej ręce pojawia się piłka. Ciągnęłam kolejne treningi tymi sposobami, bez efektów, z myślą że przyjdą z czasem.

Ostatnie seminarium frisbee może i nie wprowadziło praktycznie nic nowego do mojej wiedzy o budowaniu motywacji, wymienione były sposoby które już znałam (tylko podsunięty został pomysł żeby przynajmniej na jakiś czas pochować wszystkie piłki a jedynymi dostępnymi zabawkami były frisbiacze), nie poczułam się po nim oświecona. Potrzebowałam kilku tygodni i ponownej rozmowy z coachem - Agnieszką żeby otworzyć oczy (dziękuję Aga za takiego kopa w tyłek!). Pewnego dnia wpadłam na to, żeby spróbować inaczej. Podeszłam do metody która nie robiła żadnego wrażenia na Soni. Wzięłam starego fastbacka, usiadłam koło Kermita, rzucałam floaterki, kręciłam dysk na palcu, Kermit się paaaatrzył... w końcu rzucił się na mnie próbując złapać, nie pozwoliłam - mój dysk. To sprawiło że jeszcze bardziej chciał, w końcu nie wytrzymałam i poszarpaliśmy się. Miał te iskierki w oczach :D a to był twardy popękany dysk którego najbardziej nie lubił. Nie piszczałam, nie biegałam, siedziałam i bawiłam się sama, wzbudziłam u Kermita zazdrość, on też chciał pobawić się czymś co mi się tak podoba. Jak już zaproponowałam mu szarpanie to z dużą ekspresją pochwał :).
Kolejne sesje robiłam codziennie, w domu, ogrodzie, ale nie dawałam mu dysku, bawiłam się sama a on tylko patrzył. Po jakimś tygodniu miałam to! - radość i hipnoza na dysk gdy tylko go wyciągałam. Zrobiliśmy chwilę przerwy i przenieśliśmy się z tą zabawą z podwórka na boisko czy łąkę. Na początku trzeba było trochę mojej szopki przy frisbee zanim Kermit się zainteresował (nie namawiałam na siłę, czekałam aż to on będzie chciał, a ja mu tylko łaskawie pozwolę chwycić MÓJ dysk), potem było coraz lepiej. W końcu szliśmy na boisko, robiliśmy rozgrzewkę, odkładałam na chwilę Kermita, wyciągałam dyski, wołałam i już miałam włączonego, chętnego do zabawy psa, który SAM CHCE! Potem dołączyły się upały, porobiłam trochę przerw w treningach i zainteresowanie spadło znowu. Podejrzewam też że Kermit nie jest psem u którego na plus wychodzi to że zabawkę widzi rzadko, chyba wręcz przeciwnie, lepiej działają regularne treningi. Ale jak już mieliśmy przez chwile TO COŚ, to damy radę znowu to wyciągnąć i rozwinąć :).


Jak widać moje dwa psy bardzo się różnią a wasze pewnie okażą się być jeszcze inne. Oto garść moich propozycji jak próbować, zarówno w przypadku braku zainteresowania zabawkami w ogóle, jak i niechęcią do konkretnego rodzaju zabawek czy frisbee właśnie.
  • stopniowe przechodzenie od zabawek mega ciekawych (dla jednego psa piszcząca piłka, dla innego futerko) do tych mniej ciekawych. Drobnymi kroczkami używając jednej zabawki na jednej sesji (z tym że np. dzisiaj mamy futerko, jutro mopa, za tydzień polarowy szarpak, potem piłkę na sznurku, potem zwykłą, ringo, dysk ...).
  • wyuczenie niezawodnej wymiany zabawek, najpierw dwóch takich samych szarpaków, potem wymieniamy różne zabawki, w końcu nasz pies na chasło puszcza piszczące śmierdzące futro i chwyta twardy dysk z drugiej ręki (Sonia tak potrafi). Sposób z wymianą świetnie opisała Magda Łęczycka.
  • pobudzamy psa na super zabawkę, chowanie jej i wyciąganie nagle słabszej kiedy pies jest rozbawiony
  • kiedy pies (tak jak w naszym przypadku) ubóstwia inne zabawki a gardzi dyskami, schować na jakiś miesiąc wszystkie piłeczki i szarpaczki do szafy, zabierać na spacery frisbiacza 
  • przekonywanie że zabawka ma wartość dla nas, wzbudzanie zazdrości i napięcia, siedzimy i bawimy się kiedy pies patrzy, w ciszy lub piszcząc i robiąc z siebie debila, zależy co działa. To może być skuteczne zarówno u psów nie bawiących się w ogóle, jak i takich jak Kermit.
  • zabawa z inną osobą gdy pies obserwuje
  • zabawa z innym psem gdy nasz obserwuje 
  • nagradzanie jedzeniem za zabawę. Wahałam się czy to umieścić w tym poście, ale doszłam do wniosku że w końcu jest to metoda, która jednak przy niektórych psach może być skuteczna więc nie powinno się jej skreślać tak zupełnie. Jednak trzeba być ostrożnym i nie nadużywać tego, pamiętajmy że popęd łupu a popęd pokarmowy to u naszych psów zupełnie co innego. Ale żadna metoda nie jest zła jeśli przyniesie zamierzony efekt, być może twój pies zrozumie o co ci chodzi i w międzyczasie zakocha się w zabawie samej w sobie. Jeśli już miałabym tak uczyć, to nie nagradzałabym smaczkiem za chwycenie piłeczki / frisbee czy pojedyncze szarpnięcie szarpakiem. Raczej poszłabym zamierzeniem, że na koniec, po chwili fajnej zabawy pies dostaje jakiegoś pycha gryzaka, żeby zbudować w jego mózgu łańcuch, że po zabawie dzieje się coś przyjemnego. 
  • zabawki na jedzenie (nie mam na myśli konga, ale raczej takie coś, albo takie). Kompletnie nie byłam do tego przekonana aż zaczęłam używać materiałowego woreczka ze smakołykami do nagradzania Soni za wysyłanie do kwadratu. Owszem, Sonia się bawi, ale nie chcę z nią robić długich sesji na zabawkę i wiem że one nie są dla niej taką nagrodą jak jedzenie. Tenże woreczek z żarciem był dla Soni bardzo motywujący, rzucała się na niego, przynosiła mi, kiedy chciałam chwycić żeby wyjąć jej jedzenie ona szarpała jak szalona, tak na prawdę pewnie nie musiałabym za każdym razem wyciągać tego smakołyka ze środka żeby ją nagrodzić. 

Jeszcze jednego mnie nauczyło ostatnie seminarium: nigdy nie słuchajcie kiedy ktoś wam mówi że koniecznie musicie jakiś problem rozwiązać tak i tak, bo to święta, jedyna słuszna metoda. To się tyczy do rozwiązywania problemów z podstawami, do rzucania rzutów we frisbee, do nauki sztuczek, jakichś elementów sportów. Każdy z nas jest inny, każdy pies jest inny, jeśli ktoś wam mówi że koniecznie musicie robić coś tak i tak, a jak nie ma efektów to znaczy tylko że za mało trenujecie... to nie warto tego kogoś słuchać.

Zapewne nie wymieniłam wszystkich sposobów działania przy naszych niezmotywowanych pieskach. Może macie jeszcze inne pomysły, albo nawet sprawdzone metody które zadziałały? Podzielcie się w komentarzach, może kogoś zainspirujecie do działania :). 


Komentarze

  1. Puszek to pies, który zabawkami bawił się tylko w zamierzchłej przeszłości. Po szarpaniu i pogoni za piłką zostało mu tylko (niezbyt częste) podgryzanie dłoni. Postanowiłam to wykorzystać.

    Pierwszym etapem była "prowokacja", do wyżej wspomnianej zabawy. Gdy pies już był wystarczająco zmotywowany, zakładałam na dłoń zwykłą bawełnianą rękawiczkę. Pies w szale zabawy nawet tego nie zauważał, i bawił się dalej. Podczas kolejnych "sesji zabawowych" powtarzałam ten schemat, ale ściągałam rękawiczkę za którą pies szarpał. Następnie wystarczyło wzmocnić jego zainteresowanie tą osobliwą zabawką, a podczas gdy pies był najbardziej zmotywowany podstawić inną (początkowo o podobnej fakturze).

    OdpowiedzUsuń
  2. Z taką czystą motywacją na jedzenie czy zabawki nigdy nie mieliśmy problemów bo niepodejmowanie ich przy dużych rozproszeniach to inna sprawa. Emet szarpie się wszystkim jak dziki, każda zabawka mu pasuje jako nagroda chociaż i tak piszczące piłeczki wygrywają.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nik kiedyś wszelkie zabawki miał tam z tyłu. Teraz lubi piszczące piłeczki, ale o szarpaniu się, czy zabawie zabawką bez piszczałki nie ma mowy.
    Dzięki za ten post. Rozbudziłaś we mnie kilka nowych pomysłów :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nik kiedyś wszelkie zabawki miał tam z tyłu. Teraz lubi piszczące piłeczki, ale o szarpaniu się, czy zabawie zabawką bez piszczałki nie ma mowy.
    Dzięki za ten post. Rozbudziłaś we mnie kilka nowych pomysłów :)

    OdpowiedzUsuń
  5. O, dokładnie! Zawsze powtarzam, że każdy pies jest inny i należy dobierać metody "pod" konkretnego czworonoga. :)

    Mango kocha się bawić, tylko z motywacją na frisbee właśnie jest kłopot, ale robimy postępy. Może coś z tego będzie. :)

    Świetny post!

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo przydatny post! Na pewno będziemy próbować tych metod, i zobaczymy jak nam pójdzie :D
    Pozdrawiamy, W&K.

    OdpowiedzUsuń
  7. Metod jest mnóstwo, ale to jaka podziała na naszego konkretnego psa to już inna sprawa. Czasem trzeba się bardzo naszukać, aby znaleźć ,,to coś". Super, że wam się udało :D

    OdpowiedzUsuń
  8. U mnie Tofi lubi zabawki, ale jak ma ochotę i robimy to czasem aby się po prostu pobawić. Svipp natomiast kocha zabawki bardziej niż najpyszniejsze jedzenie, a frisbee kocha najbardziej na świecie:)

    OdpowiedzUsuń
  9. gdy adoptowałam Taja nie potrafił bawić się niczym i nawet nie chciał ale tak się zawzięłam, że teraz bawi się wszystkim, nawet paczką chusteczek :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz